22Sty

Ad ACTA

Internetowa rebelia ogarnęła świat. Jak jeden mąż padają kolejne strony instytucji, firm i sezonowych gwiazdek: od Sejmu RP, po Justina Biebera. O ile w pierwszym przypadku prawdopodobnie nikt by tego nie zauważył, gdyby Anonymus nie poinformowali o tym na Twitterze, o tyle atak na witrynę miauczącego idola nastolatek prawdopodobnie już uruchomił falę samobójstw wśród psychofanek, co niekoniecznie trzeba uznawać za negatywny skutek całej akcji…

Sedno ACTA

O co właściwie chodzi w tym wszystkim? Trudno powiedzieć. W tym szumie informacyjnym wyrobienie sobie wyważonego zdania graniczy z cudem. Fakty są takie, że powstał projekt umowy międzynarodowej, dzięki której kontrola i ściganie piractwa miałyby być bardziej skuteczne. Kontrowersje budzi jej zakulisowy, wręcz tajny sposób negocjacji oraz możliwe konsekwencje dla internautów. W skrócie wygląda to tak jak powyżej – fakt, materiał jest tendencyjny, ale chyba trafia w sedno i punktuje zagrożenia.

Jednak merytoryczny aspekt ACTA nie jest w tym momencie kluczowy. Chociaż osobiście uważam, że to krok w złym kierunku, ponieważ internet żyje dopóki jest w nim odpowiednia ilość świeżej treści, a ten dokument w mniejszym lub większym stopniu może wprowadzić jego reglamentację. Skorzystają na tym oczywiście korporacje, zaś stracimy my wszyscy. Wracając do sedna, najciekawsze jest jednak to, co dzieje się w sieci. Oczywiście główną rolę odgrywają Anonymous blokujący strony, ale faktycznym polem bitwy okazują się być media społecznościowe. Mieliśmy już do czynienia z rewolucjami przeprowadzanymi przy wsparciu Facebooka, wszelkiego rodzaju akcjami szukania domu dla Burka, przywracania orzełka na koszulkach i tym podobnymi. Niemniej teraz jesteśmy świadkami czegoś wyjątkowego. Jak nigdy dotąd na taką skalę dostaje się demokratycznym rządom oraz międzynarodowym firmom.

To może przewrotna teza, ale uważam, że reakcja na ACTA jest pierwszą w pełni dojrzałą inicjatywą prowadzoną przy pomocy mediów Web 2.0. Dlaczego? Zarówno w rewolucjach w krajach arabskich, jak i poprzednich akcjach, w których wykorzystywano sieciowe kanały komunikacji, panowała atmosfera nowości, precedensu, sprawdzenia do czego mogą być zdolni ludzie wyposażeni w narzędzia o tak dużej opiniotwórczej sile rażenia. Wszyscy przecierali oczy ze zdumienia. Nikt do końca nie był pewny efektów i skali powoływanej do życia akcji (coś o tym wiem).

A teraz? Czy kogoś zaskakuje to, co dzieje się w internecie? Role zostały rozdzielone, każdy wie, jak ma działać. Jedni tworzą strony na Facebooku, inni filmy na YouTube, kolejni tweetują, powstają petycje online, wpisy na blogach, na portalach kontaktowych – informacja rozlewa się dosłownie wszędzie i to w zawrotnym tempie. Zadajemy sobie inne pytania niż wcześniej, nie o to czy, ale kiedy i jaki te działania przyniosą skutek.

Internetowa anarchia

Mnie osobiście podoba się taka internetowa anarchia. To szansa na to, że w końcu społeczeństwa będą mogły szybko i skutecznie wymuszać na rządzących kierunki zmian. Niepotrzebne będą szafoty, barykady oraz inne atrybuty rewolucji, wystarczy internet i kilka kliknięć, aby uruchomić falę sprzeciwu, która otrzeźwi decydentów. Oczywiście są też zagrożenia, będą ofiary takiego losu, o czym przekonał się dziś Paweł Graś. Cóż…

  • Pierwsza zasada mediów społecznościowych: nie kłam.
  • Druga zasada: nie rób dobrej miny do złej gry, kiedy gra nie jest warta świeczki.

Faktem jest, że rządzący są w tym wszystkim dość łatwym celem, ale paradoksalnie to nie oni przede wszystkim powinni być obiektem ataku, a instytucje, które lobbują za rozwiązaniami przedstawionymi w ACTA. To one zasługują na gniew internautów, nie dlatego, że piractwo jest dobre, ale dlatego, że to, w jaki sposób może zmienić się globalna sieć przez nieprzemyślane regulacje jest jeszcze gorsze. Dziś każdy internauta czuje się anonimowy i chyba bardziej niż kiedykolwiek jest to powód do dumy.

Podziel się