11Paź
Praca, przykrywki i podglądanie

Praca, przykrywki i podglądacze

Kiedy jest najlepszy moment na zmianę pracy? Teraz, zaraz, cały czas. Gdy możesz cieszyć się komfortem wyboru i kokietować zabiegających o Ciebie headhunterów. A jednocześnie delektować się wizją ulgi i zemsty na znienawidzonym szefie albo żerujących na Tobie współpracownikach. Bez Ciebie na pewno umrą – z przepracowania lub tęsknoty. Poza tym stać Cię na więcej, prawda? Jest tylko jeden problem: jak ogłosić światu, że chcesz zmienić pracę, ale póki co nie stracić obecnej? Po chwili namysłu… eureka! Od czego jest LinkedIn?

Wszyscy jesteśmy podglądaczami

Kilka lat temu – kiedy wybuchła rewolucja mediów społecznościowych – Misiek Piskorski, wtedy pierwszy polski profesor Harvard Business School a dziś profesor strategii i innowacji na IMD Business School – zadał sobie nurtujące wszystkich pytanie: co ludzie robią w mediach społecznościowych? Na czym się skupiają, w co klikają i dlaczego? Postanowił to sprawdzić.

Zebrał dane z największych portali świata. Zauważył, że około 70% naszej aktywności to oglądanie innych – choć słowo podglądanie jest tu chyba bardziej na miejscu. Następnie przeanalizował, kto kogo podgląda. Podzielił użytkowników serwisów na 2 dość nieoczywiste grupy: kobiety i mężczyzn i… sam zobacz – fragment jego wystąpienia na konferencji Harvard Business Review Polska:

Na tej podstawie Misiek – jako socjolog z wykształcenia – trafnie zauważył, że wszyscy ludzie mają pewne niesprawności społeczne. Nie martw się, wszystko z Tobą w porządku. Chodzi o kłopoty w podtrzymywaniu lub nawiązaniu relacji ze znajomymi lub nieznajomymi. Odkrył, że fenomen mediów społecznościowych polega na tym, że pomagają one niwelować niesprawności poprzez dostarczanie pretekstów, narzędzi i przykrywek. Mimo, że upłynęło już trochę czasu, od kiedy się tym zajmował, mechanizm działa w najlepsze.

  • Nasza Klasa. Niektórzy pewnie nawet ją pamiętają. Chodziłem do szkoły z Jadzią, ale nawet jeśli mam jej numer telefonu, przecież nie zadzwonię po 20 latach i nie zacznę ot tak nadrabiać zaległości. Jednak kiedy oboje znajdziemy się na portalu służącym do odświeżania starych znajomości, nieinwazyjna wiadomość w stylu: Cześć, miło cię tu widzieć! Sto lat minęło. Co dobrego? – nie skazuje nas na niezręczną sytuację, a idealnie wpisuje się w kontekst.
  • Facebook. Kiedy idziesz ulicą i widzisz osobę, która Ci się podoba prośba w stylu: Hej, fajnie wyglądasz z przodu, ale czy mogę też zobaczyć Twój… profil? – zapewne nie zostanie uznana za wyraz dobrego wychowania. Tymczasem w internecie można podglądać do woli – bez pytania, bez śladu.
  • LinkedIn. Tworząc swoją wizytówkę na portalu zgłaszasz permanentną gotowość do bycia podglądanym w celu zatrudnienia. Jednak co zrobiłbyś, gdyby Twój pracodawca spytał Cię, dlaczego zamieszczasz swój życiorys w największej, praktycznie publicznej bazie zatrudnienia na świecie? Oczywiście odpowiesz, że to do celów biznesowych, budowania pozytywnego wizerunku firmy i promowania jej produktów. Genialne! Serwis jest przykrywką, którą skrzętnie wykorzystujesz. Zła wiadomość: Ty to wiesz, ja to wiem i Twój pracodawca też.
Marka pracodawcy a marka osobista

Dlaczego zatem biznes toleruje obecność pracowników na LinkedIn? Czy zarządzają nimi niczego nieświadomi, niekompetentni menedżerowie? Dziś to rzadka sytuacja – przynajmniej jeśli chodzi o pierwszy czynnik. Czy zatem to kwestia hipokryzji albo syndromu oczu szeroko zamkniętych? A może Twoja firma już opracowuje projekt zwolnień grupowych za tak ciężkie przewinienie? Nic z tych rzeczy.

Organizacje od dawna zastanawiają się, czy powinny wspierać marki osobiste pracowników. Ma to wiele plusów: daje lepszy start w procesie sprzedaży, wpływa na generowanie leadów i ich jakość, poprawia postrzeganie firmy i jej eksperckość, a także motywację. Same plusy, prawda? Jest jednak jedno ryzyko: co jeśli zainwestujemy bardzo dużo w daną osobę, jej wartość na rynku wzrośnie, a ona odejdzie do konkurencji, która zyska wykwalifikowanego pracownika ze świetnym wizerunkiem wykreowanym za nasze pieniądze? W wielu przypadkach takie postawienie sprawy zamyka portfele zarządzających. Niemniej kiedy zamienimy pytanie A co jeśli odejdą? na A co jeśli zostaną? – a my nie dołożyliśmy starań, aby ich wartość wzrosła w czasie, oznaczać to będzie straty na poziomie sprzedaży, marketingu i HR.

Drugi ważny powód, dlaczego warto inwestować w działania budujące marki osobiste pracowników – w tym w ich obecność w mediach społecznościowych – to, że w ten sposób również budujemy silną markę pracodawcy. Żyjemy w czasach, kiedy czynnikiem ograniczającym wzrost firmy jest z jednej strony marketing i sprzedaż, ponieważ jesteśmy w stanie dostarczyć w krótkim czasie większą ilość wytwarzanej przez nas wartości – produktów lub usług – potencjalnym klientom. Z drugiej strony czynnikiem ograniczającym zawsze było, jest i będzie pozyskiwanie talentów – kompetentnych ludzi, którzy potrafią tę wartość wytworzyć.

Firma marzeń

Biorąc pod uwagę trendy demograficzne i szybkość rozwoju technologii, waga czynnika ludzkiego będzie rosnąć. Tym bardziej organizacje będą chciały (i musiały) dążyć do ideału – firmy marzeń. Co to właściwie oznacza? Jak piszą Rob Goffee i Gareth Jones w artykule Najlepsze miejsce pracy na świecie – opublikowanym na łamach Harvard Business Review Polska:

Taka „firma marzeń”, mówiąc w największym skrócie, pielęgnuje różnice między poszczególnymi ludźmi; nie ukrywa informacji ani nimi nie manipuluje; przysparza pracownikom korzyści, zamiast tylko ich eksploatować; ma ważną misję do wypełnienia; stawia zadania, które są z definicji satysfakcjonujące, i nie narzuca głupich reguł.

Chciałbyś pracować w takiej organizacji? Mało która spełnia wszystkie 6 kryteriów. Jeśli chodzi o kwestię budowania marki osobistej kluczowym jest: przysparza pracownikom korzyści, zamiast tylko ich eksploatować. Zła wiadomość: jeżeli boisz się, że Twoi pracownicy odejdą, dlatego, że w nich zainwestujesz, bądź pewien, że na pewno odejdą, jeśli tego nie zrobisz. Jak się do tego zabrać?

Efektywny profil na LinkedIn w 5 krokach

Jednak jeżeli uzasadnieniem dla obecności pracowników na LinkedIn jest promowanie firmy, ich profile powinny spełniać tę właśnie funkcję. Czy to leży w ich interesie? Może leżeć. Dobrym pomysłem jest wprowadzenie prostego programu wsparcia dla zespołu, w którym ekspert pomaga w profesjonalnym zaprezentowaniu siebie w serwisie. W zamian w opisach lokowane są treści spójne ze strategią organizacji – najważniejsze przekazy, słowa kluczowe, linki. Wszystko to wpływa na zmianę roli profili – z rekrutacyjnych na biznesowe. Machinę rekrutacyjną zmieniasz w marketingowo-sprzedażową.

Nie wiesz jak to zrobić? Daj znać, podpowiem. Możesz też spróbować samemu:

Oto 5 kroków do efektywnego profilu na LinkedIn:

  • Zdefiniuj cel. Nie twórz CV, pokaż, w czym możesz pomóc, dzięki doświadczeniu lub stanowisku.
  • Określ swoje własne słowa kluczowe. Zdefiniuj 5-7 fraz w oparciu o Google Keywords, które pozycjonują Ciebie, Twoją firmę i jej produkty – używaj ich w poszczególnych sekcjach Twojego profilu i tekstach, które publikujesz.
  • Wypełnij każdą sekcję profilu. Pamiętaj o słowach kluczowych, poproś o rekomendacje, dołącz do profesjonalnych grup, śledź autorytety.
  • Udostępnij informacje w publicznie. Po to aby zostały zindeksowane przez wyszukiwarki.
  • Włącz się w komunikację. Publikuj aktualizacje związane z Twoim profilem zawodowym, a także notki (o każdym nowym wpisie powiadamiane są wszystkie Twoje kontakty), udzielaj się również w dyskusjach, aby generować zainteresowanie wokół swojej osoby.

Najlepsi sprzedawcy w Stanach Zjednoczonych spędzają co najmniej 6 godzin tygodniowo na LinkedIn. W Polsce kluczowi menedżerowie stanowią trzon portalu, który jest świetnym źródłem danych i alternatywą dla cold callingu. Pojawiają się kolejne narzędzia, takie jak choćby LinkedIn Recruiter, które pomagają rozwijać biznes. Wszystko to jest w zasięgu Twojej ręki. Warunkiem jest zbudowanie efektywnego profilu i… podglądanie. Zatem do dzieła!

Podziel się