16Maj
Jak ocalić pokolenie Y?

Jak ocalić pokolenie Y?

Pokolenie Y – tak, to ci infantylni, krnąbrni, niezaangażowani i roszczeniowi. Generacja X ma ich po prostu dość i najchętniej zwolniłaby wszystkich dwudziestolatków, zatrudniając na ich miejsce osiemdziesięciolatków. Czy to dobry pomysł? Sprawdź, co się może zdarzyć i czy warto millennialsów… ocalić.

Czas pokolenia X

W latach 90-tych polska gospodarka zachłysnęła się wolnością i młodością. To był czas szybkich karier i dominacji ego pokolenia X, które zaprojektowało po swojemu rzeczywistość i stopniowo odmówiło miejsca w niej wcześniejszym generacjom. Naturalna kolej rzeczy, nowe obala stare – prawda?

Dziś można zaobserwować podobną zmianę, jednak po szczeblach kariery wspinają się millennialsi, którzy wybierają zupełnie inną drogę niż poprzednicy. Ci z kolei mają ich po prostu dość i najchętniej zwolniliby ich wszystkich. Bardzo dobrze pamiętam wiele akcji, które nakłaniały pracodawców do zatrudniania osób starszych – cóż, wystarczyło poczekać, aż młodzi zajdą im za skórę. Stąd generacja Y wniosła niesamowity wkład w aktywizację zawodową osób w wieku emerytalnym.

Pokolenie X ma świadomość, że w wielu przypadkach do znienawidzonych roczników należą ich dzieci i sami sobie zgotowali ten los, dlatego trochę z poczucia przyzwoitości – ale bardziej winy – robią dobrą minę do złej gry i szukają jakiegoś wyjścia z sytuacji. No dobrze, trochę koloryzuję, przesadzam, ale czas generacji X się kończy, a konflikt międzypokoleniowy to codzienność wielu firm. Na poziomie europejskim też nie jest lepiej – stoimy przed ważnym wyzwaniem: musimy znaleźć sposób, by pierwsza globalna generacja chciała i miała gdzie pracować. Jak to osiągnąć?

Bezrobocie wśród młodych

16.04.2015 r. uczestniczyłem w panelu dyskusyjnym zorganizowanym przez Pracodawców RP, którego temat brzmiał: Bezrobocie wśród młodych osób jako przejaw kryzysu europejskiego modelu społeczno-gospodarczego. Poważna sprawa. Oczywiście podczas tego dwugodzinnego spotkania nie udało nam się rozwiązać wszystkich problemów Starego Kontynentu – chociaż z całej siły próbowaliśmy – niemniej padło kilka stwierdzeń wartych zapamiętania.

Sytuacja, z którą obecnie mamy do czynienia – plaga bezrobocia wśród młodych – nie jest zbyt wesoła w skali całej Europy, chociaż jak donosi Eurostat, widzimy lekką poprawę. Daleko jednak, byśmy mogli otwierać szampana. Mało tego, myślę, że w dyskusji o sytuacji millennialsów próbujemy rozwiązać… źle zdefiniowany problem. Dlaczego? Patrzymy w statystyki i z niesłychaną przenikliwością stwierdzamy, że pokolenie Y nie ma pracy, no i trzeba coś z tym zrobić. Co? Stworzyć miejsca pracy. Proste i logiczne, prawda? Tak, i niech najlepiej zajmie się tym państwo. Z tego co wiem, właśnie temu miało służyć obalenie socjalizmu w Polsce, że państwo miejscami pracy miało już się nie zajmować. Cóż, w momencie kiedy się nimi jednak zajmuje, nazywa się to… administracją publiczną. To też wielu próbuje obecnie obalić. Błędne koło? Skądże znowu. Jak zatem rozwiązać problem bezrobocia wśród młodych i czy rzeczywiście jego źródłem jest brak miejsc pracy? Widzę 3 klucze, które otworzą drzwi sukcesu. Zapukamy?

Generacja Y na biznesowych salonach

Pierwszym elementem układanki jest biznes – pierwszym jeśli chodzi o doraźne zmiany. Nie możemy wymagać od przedsiębiorców tworzenia miejsc pracy. Każda organizacja, aby trwać, musi pilnować kosztów – także tych związanych z przerostem zatrudnienia. Absurdem jest oczekiwanie od firm sztucznego zwiększania liczby stanowisk albo wybierania form współpracy nieefektywnych kosztowo, ponieważ podcina to gałąź, na której wszyscy siedzą. Roszczeniowo możemy stwierdzić, że zły biznes nie dzieli się z ciemiężonym pracownikiem korzyściami płynącymi z oszczędności na upadającym ZUSie. Jednak czy faktycznie to takie proste i jednoznaczne?

Polska gospodarka opiera się na małych i średnich firmach – tych, w których mamy do czynienia wielokrotnie ze strukturą właścicielską, gdzie organizacja nie jest bezosobowym tworem, ale ma twarz założycieli. Każdy przejaw marnotrawstwa to wyjęcie pieniędzy prosto z ich kieszeni. Mało tego, ponoszą pełną odpowiedzialność prawną za to, co robi organizacja. Trudno się zatem dziwić, że próbują uniknąć zbędnych wydatków… oraz więzienia. Kłóci się to z socjalistyczną pozostałością, przekazywaną z rodziców na dzieci mówiącą, że w pracy to pracownik i jego prawa są najważniejsze. Firmy działają po to, by zwiększać wartość dla akcjonariuszy – to ich główny cel, to jest najważniejsze. Oczywiście w erze pracowników wiedzy czynnik ludzki generuje najwyższą wartość, więc de facto mocny zespół  stanowi o sile firmy. Szkoda, że obie strony zapominają o tych zależnościach.

To główna przyczyna konfliktu w postrzeganiu ról na linii pracownik – pracodawca. Ma on podłoże ekonomiczne, ale nie tylko. Obecnie kluczowym czynnikiem jest w mojej ocenie kwestia zmiany pokoleniowej. Generacja Y – bardzo mocna siła na rynku pracy – ma zupełnie inne priorytety niż poprzednicy. Powstało na ten temat mnóstwo opracowań i biznes musiał zmierzyć się mentalnie z tym problemem. Tak, zarządzający wiedzą już, że millennialsom muszą udzielać częstej informacji zwrotnej, wytyczać zróżnicowane ścieżki kariery, próbować utrzymywać dobrą atmosferę oraz dbać o równowagę między pracą i życiem prywatnym (już wkrótce o tym dlaczego to absurd). Czy jednak przekłada się to na faktyczną zmianę? Wielu menedżerów chciałoby dokonać kosmetycznych modyfikacji, by zaspokoić najważniejsze oczekiwania młodych, a potem działać po staremu. To einsteinowska definicja szaleństwa – oczekiwać nowych efektów po takich samych działaniach jak wcześniej. Tak się po prostu nie da. Co zatem powinno się robić?

Myślę, że kluczem do rozwiązania problemów młodych nie jest tworzenie kolejnych miejsc pracy, ale zmiany w istniejących. Biznes od zawsze dąży do tego, by mieć zmotywowanych ludzi na pokładzie, ale ci niewdzięcznicy jak ognia unikają zmotywowania na komendę: motywacja! Z każdym rokiem jest coraz gorzej, ponieważ młodzi przy całym swoim nieszczęściu związanym z brakiem pracy, nie są skorzy do kompromisów z własnym systemem wartości. Prędzej odejdą, wrócą pod skrzydła rodziców, niż będą odgrywać role, które nie dają im satysfakcji. Swoją drogą, skąd właściwie bierze się przekonanie, że pokoleniu Y na pracy jakoś przesadnie zależy? Mają inne obszary, które poprawiają ich samoocenę.

O tym często mówię na warsztatach dla zarządzających, a dokładnie o 2 przyczynach takiego stanu rzeczy: syndromie małego cesarza – europejskiej wersji zjawiska, które w Chinach było skutkiem polityki jednego dziecka – i postawie bumerangu. Wielu millennialsów wychowywało się w rodzinach opartych na modelu 2+1, a nawet jeśli pojawiło się jakieś rodzeństwo, dzieci zawsze dostawały dużą ilość uwagi, z ich zdaniem się liczono, wychowanie opierało się na partnerstwie, negocjacjach i wyrażaniu swoich myśli – podobnego stanu rzeczy oczekują w firmie. Co jednak dostają? Komunikat pionizujący (często zresztą słuszny): nic jeszcze nie wiesz, na studiach niczego cię nie nauczyli, siedź cicho, słuchaj i ucz się. Ego małego cesarza nie może tego znieść, cierpi, pojawiają się na nim rysy, które na początku przekładają się na spadek zaangażowania, zaś później na zmianę pracy na nową… w której jest tak samo, jak w poprzedniej i tak samo jak w następnej.

Dlaczego jednak młodzi nie zmodyfikują swojej postawy, nie dostosują się, przecież to nie przynosi im nic dobrego, prawda? Przyczyną jest tu postawa bumerangu. Pokolenie Y wychowało się w duchu: nie ważne ile razy upadasz, ważne ile razy się podnosisz, zawsze możesz naprawić swój błąd – jeśli przeprosisz i poprosisz, dostaniesz drugą szansę. Przekaz ten wdrukowali im do głów rodzice, media, filmy i… gry komputerowe – w nich zawsze jest drugie życie, zapisany stan rzeczywistości, powrót. Stąd jeśli mogę zrobić krok w tył – schronić się pod skrzydłami mamy i taty – zadośćuczynić, zacząć jeszcze raz, to czym się przejmować? Ma to ogromny wpływ na zarządzanie ryzykiem, łatwość i szybkość zmian, a przede wszystkim na motywację.

Właśnie! Dlaczego jest ona tak ważna? Tak, dobrze myślisz. Ponieważ to niezbędne paliwo kreatywności i innowacji – rozumianych jako umiejętności efektywnego szukania rozwiązań i łączenia istniejących elementów w nową całość, które budują wartość nowoczesnych gospodarek opartych na wiedzy. To sedno problemu: biznes cały czas potrzebuje talentów, młodych żyjących w symbiozie z bitami, aby móc się rozwijać. Kiedy zaś będzie się rozwijał, zwiększy się liczba miejsc pracy – a przynajmniej tak bywało do tej pory. Jednak aby to mogło mieć miejsce, organizacje muszą się zmienić, przestać zasypywać przepaść międzypokoleniową bańkami mydlanymi, a wykonać pracę u podstaw polegającą na poznaniu oraz autentycznym zrozumieniu młodych ludzi – ich postaw i motywacji – zbudowaniu mostów. Dlaczego nie może być na odwrót? Ponieważ to po prostu nie działa – to właśnie próbują zrobić obecnie menedżerowie – wtłoczyć pokolenie Y w istniejący, trochę podpicowany schemat i jak widać, ponoszą sromotną klęskę. Klucz numer 1: postawmy sobie za cel zmienianie istniejących miejsc pracy, nie zaś tworzenie nowych.

Upadek legendy uczelni wyższych

Chyba nic tak nie zaszkodziło polskim millennialsom jak wyniesienie edukacji formalnej na piedestał: ucz się, idź na studia, będziesz mieć dobrą pracę i dostatnie życie. Nic dziwnego, że tego oczekują. Jasne, wykształcenie jest ważne, jednak to warunek konieczny w pewnym momencie kariery (szczególnie w korporacjach), nie coś, co z góry definiuje sukces – o tym obecnym dwudziestoparolatkom zapomniano powiedzieć, kiedy podejmowali decyzję o swojej przyszłości. Nic dziwnego, że wielu z nich powtarzało potem za klasykiem – niejakim Ferdynandem Kiepskim:

W tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem!

… i szli na kolejne studia, udając, że robią coś konstruktywnego, ale w efekcie lejąc wodę na młyn zmagającemu się z demografią nadwiślańskiemu systemowi edukacji.

W końcu z każdym rocznikiem było już tylko gorzej. Dyplom uczelni nie tylko okazał się dowodem zmarnowanego czasu, ale też piętnem na rynku pracy. Dlaczego?

Największą zbrodnią, jaką uczelnie wyższe mają na sumieniu nie jest jednak to, że nie przygotowały młodych na konfrontację z rzeczywistością zawodową – nie tak była zdefiniowana ich rola – dlaczego to już osobny temat. Najgorszą pozostałością po studiach jest postawa, jaką kształtują: nie da się, nie chce mi się, daj mi, pokaż, pomóż, nie potrafię. Wszystko to zabija umiejętność kreatywnego podejścia do wyzwań, radości z ich podejmowania, poszukiwania rozwiązań, głębokiej, autentycznej otwartości na drugiego człowieka, mówienia: tak, chętnie.

Patrząc z perspektywy, najwięcej ze studiów wyniosły osoby, które w ich trakcie pracowały, wykazywały inicjatywę, kwestionowały, starały się odnaleźć praktyczny wymiar i sens – czasem na siłę – w tym co robią, ponieważ wykształciły w sobie przenikliwość i dociekliwość, które gwarantują sukces w XXI wieku – skąd ta teza? Czytaj do końca.

Oczywiście nie można powiedzieć, że każda minuta spędzona na uczelni wyższej to strata czasu. Zdarzali się i zdarzają nauczyciele pasjonujący się danym tematem i tą pasją zarażający innych, kompetentni, dodający kolorów szarej uniwersyteckiej rzeczywistości. Niestety ci są nie tylko w mniejszości, ale przede wszystkim kiedy już starają się wyjść poza schemat, system zamyka przed nimi drzwi, a dodatkowo przycina im palce.

Jak zatem powinniśmy patrzeć na polskie uniwersytety? Czego od nich oczekiwać? To kolejne ważne wyzwanie – zmiana kulturowa, której efektem ma stać się środowisko promujące siłę nauki i umysłu, który zdolny jest do wielkich rzeczy, kiedy jest wolny. Klucz numer 2: bezwzględne karzmy za zbrodnie przeciwko inicjatywie i wolności wyrażania siebie.

Rodzina to jest siła

Trzeci, najważniejszy element, który kończy dzisiejsze przemyślenia, choć faktycznie od niego wszystko się zaczyna i silnie łączy z wykształceniem. Każdy rodzic chce wierzyć, że ma nieprzeciętnie ładne i zdolne dziecko – część z nich nawet ma rację, niestety druga (większa) część po prostu okłamuje siebie i swoje pociechy, a tak naprawdę próbuje przez nie odbudować własne poczucie wartości oraz spełnić młodzieńcze ambicje – często zawieszone na święte nigdy ze względu na przyjście na świat… dziecka. To dług, którego nie da się spłacić, dług, który niszczy życie młodego człowieka na każdym polu – od edukacji, przez sprawy prywatne, na zawodowych kończąc – bo zawsze ktoś wie lepiej i wybiera za tego niedoświadczonego szkołę, żonę i pracę. W porządku, znowu może trochę przesadzam, ale elementy tej historii możesz znaleźć w życiu wielu dwudziestoparolatków. Efekt jest taki, że ktoś chce być stolarzem, ale realizuje plan bycia politologiem. Jak to się kończy? Jak to powinno wyglądać? Jak tego uniknąć?

Głęboko wierzę w to, że powinniśmy definiować siebie, nie poprzez to, kim jesteśmy zawodowo, ale przez podstawowy, bardzo prosty parametr, czyli to, czy jesteśmy szczęśliwi oraz przez rzeczy, które szczęście nam dają – reszta jest wypadkową tego stanu. Co to właściwie oznacza? Tutaj podpisuję się pod słowami Alexandra Neilla z Summerhill:

Uważam, że celem życia jest szczęście, a to oznacza sprecyzowanie zainteresowań. Wychowanie powinno być przygotowaniem do życia.

Czyli jeśli rodzice chcą, aby ich dziecko było szczęśliwe, powinni pomagać mu rozwijać zainteresowania, próbować i weryfikować, co jest tym, co daje potomkowi energetycznego kopa. Tak, to całkowite zaprzeczenie obecnego, przemysłowego systemu edukacji. Oczywiście nie możemy ciągle winić mamy i taty za to, że nie zawsze stwarzają warunki, by móc swobodnie się buntować przeciwko zastanemu stanowi rzeczy – szczególnie kiedy z wiekiem sami bierzemy odpowiedzialność za swój los. Wychowywanie dzieci to w końcu strasznie trudna sprawa i zawsze się coś schrzani – nie ma ideałów. W zasadzie każdy człowiek powinien przepracować na terapii traumy z dzieciństwa, ale większość wybiera inną drogę – wyparcia i projektowania na innych – przez co wkraczają na ścieżkę psychopatii.

Zatem jeśli nie jest to możliwe w domu, system edukacji powinien wymuszać na nas testowanie, sprawdzanie siebie, poszukiwanie, budowanie zadowolenia z czynności, które wykonujemy, wypychanie nas na granicę i tuż poza strefę komfortu – o czym pisałem jakiś czas temu. Jeden zadowolony z życia stolarz, wirtuoz hebla jest wart więcej niż cała armia politologów, którzy sprawdzają na sobie nowy wymiar drogi krzyżowej na studiach, nie znajdując przy tym tej właściwej – własnej, nie-krzyżowej. Jak na nią trafić? To prostsze niż Ci się wydaje. Zacznij od obejrzenia filmu Chłopaki nie płaczą i przepracuj słowa Laski:

W ogóle bracie, jeżeli nie masz na utrzymaniu rodziny, nie grozi ci głód, nie jesteś Tutsi, ani Hutu i te sprawy, to wystarczy, że odpowiesz sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie – co lubię w życiu robić. A potem zacznij to robić.

Łatwo powiedzieć, prawda? Dlatego przestań się użalać, weź się w garść i szukaj. Klucz numer 3: pomagajmy ludziom znaleźć to, co daje im szczęście.

5 cech, które pomogą Ci odnieść sukces

Czy te 3 klucze pomogą otworzyć bramę sukcesu? Powinny – przynajmniej dziś. Ale uwaga – ważna informacja niezależnie od tego, do którego pokolenia należysz – kompetencje, które masz, jutro okażą się niewystarczające i wszystko zależy od tego, ile zainwestujesz w siebie, co wypracujesz. To swoją drogą lekcja, którą starsze pokolenia powinny odrobić w zaciszu osobowości i przyjrzeć się millennialsom – dla nich rozwój jest jednym z priorytetów. Trudno się dziwić, mimo konserwatyzmów ewolucja cywilizacji sprawia, że z każdą generacją stajemy się coraz mądrzejsi – niezależnie od tego, jakimi prawami rządzi się wojna domowa. To też kolejny powód, aby rozpocząć budowę porozumienia międzypokoleniowego.

Co jednak powinno być wynikiem autoanalizy i rozwoju świadomości? Znalezienie lub wypracowanie w sobie 5 cech, opisanych w artykule Poszukiwanie talentów w XXI wieku, opublikowanym w grudniowo-styczniowym wydaniu Harvard Business Review Polska. Mówiłem o nich w wywiadzie dla serwisu Wyzwania HR:

Po pierwsze – motywacja, jako paliwo, które sprawia, że nam się chce, całkowite oddanie sprawie. Po drugie – ciekawość świata. Dziecięca fascynacja czymś nowym, genialnym, poruszającym, skłonność do poszukiwania nowych doświadczeń. Po trzecie – przenikliwość polegająca na drążeniu tematów, które nas fascynują, aż w końcu pojawi się odpowiedź na wszystkie wątpliwości, gromadzenie i interpretowanie informacji. Po czwarte – zaangażowanie, rozumiane jako chęć nieustawania i realizowania zaczętych spraw oraz odwoływanie się do emocji i logiki w komunikacji – połączenie kluczowych umiejętności Cyborga i Dzikiego. W końcu po piąte – siła do walki, determinacja, żeby doprowadzić do końca rozpoczęte dzieło i żeby wynikła z niego wartość biznesowa.

3 globalne klucze i 5 cech, które pomogą w osiągnięciu sukcesu. Czy są jego gwarancją? Czy to łatwa droga? Czy chcesz na nią wejść? Większość ludzi odpowiada na te pytania: nie – i zgodnie z oczekiwaniami tkwi w przeciętności. Ona też nie jest dziś taka zła, tylko narzekania w niej trochę za dużo. Masz już dość? Zaciśnij zęby, działaj i pokaż charakter – kto wie, może Ci się uda?

Podziel się