20Lut
Ty - Twój największy wróg

Ty – Twój największy wróg

Nie ma ludzi, którzy nie cierpieliby na zaburzenia samooceny, a jeśli są – ci po prostu żyją w kłamstwie. Spokojnie, z natury wolimy jednak myśleć o sobie dobrze, jako o osobach, które instynktownie lubią małe dzieci i zwierzęta. Z drugiej strony, czasem najmniejszy szczegół może przypomnieć, jak marną, nic nie znaczącą, wtórną chwilą jesteśmy. Na szczęście wtedy z pomocą przychodzi syndrom ofiary, który co prawda nie popycha nas do przodu, ale pomaga potruchtać w miejscu, zająć czymś myśli. Co się dzieje dalej? Jak przerwać to błędne koło? Poznaj 3 postawy, które ciągną Cię na dno.

Dobra robota

W życiu warto mieć plan, uśmiechać się, nie wadzić nikomu, wziąć ślub, uwić gniazdko na kredyt i patrzeć, jak dzieci rosną. Wszystko po to by znaleźć szczęście i kiedyś zapukać do bram nieba – wejść do raju, w którym czeka na nas coś lepszego nawet niż kokaina – miłość w czystej postaci lub pakiet dziewic gotowych na wszystko, a także Bóg – dobry ojciec, który patrząc w nasze akta powie: dobra robota.

Kochamy to, kochamy wierzyć, że będąc dobrym, poruszając się w wyznaczonych przez społeczeństwo czy wiarę i nadzieję granicach – nawet kiedy przez to niszczymy samych siebie – spotka nas za to nagroda, karma wróci. Niemniej czy tego właśnie uczy nas historia i doświadczenie? A może jest tak, jak pisał w Summerhill Alexander Neil:

Religia w istocie boi się życia. Jest ona formą ucieczki. Dyskredytuje „tu i teraz” jako zaledwie przygotowanie do pełniejszego życia w zaświatach. Mistycyzm i religia mówią, że życie tutaj na ziemi jest fiaskiem, że niezależny człowiek nie jest dość dobry, by dostąpić zbawienia.

Jedni uznają te słowa za świętokradztwo, inni za oświecenie, dla mnie osobiście to wyjątkowo cenny, dający do myślenia głos, który kieruje uwagę na kilka paradoksów naszej cywilizacji. Na przykład to, że mimo, iż nie zawiniliśmy, od pierwszego dnia życia niesiemy swój krzyż – na początku w formie grzechu pierworodnego, później próby okiełznania buntującego się umysłu, który chce zerwać z szaleństwem zastanych zasad, kończąc jako wytwory kulturowego syndromu sztokholmskiego – strażnicy status quo.

Dlatego naszym osobistym obowiązkiem jest nigdy nie zadowalać się dobrą robotą i działać na granicy swoich możliwości, ponieważ tylko wtedy się rozwijamy – jak pisała Joanna Heidtman na Blogach Liderów Biznesu Harvard Business Review Polska:

Jeśli robimy zazwyczaj to, co przychodzi nam łatwo, jesteśmy w strefie zautomatyzowania i rutyny. Jeśli poniżej tej linii – jest jeszcze gorzej, bo dopada nas nuda. Powyżej możliwości stres może zjeść nasze wysiłki. Ale bycie na krawędzi daje efekt porównywalny do takiego wysiłku mięśni, który powoduje budowanie ich siły.

Jakiś czas temu niezwykłą popularność zdobył film Whiplash – niekoniecznie ze względu na genialną fabułę, kluczem do sukcesu był psychopatyczny magnetyzm głównego bohatera – Terence’a Fletchera, odtwarzanego przez J. K. Simmonsa. Do historii przejdzie jedna z jego kwestii:

There are no two words in the English language more harmful than „good job”.

Jeśli angielski jest współczesną łaciną, na całym świecie codziennie krzywdzone są miliony osób – ale również w rodzimych językach. Morał? Lekcja Fletchera: poznaj swoje granice, balansuj na nich i przekrocz Rubikon.

Nie potrafię

Oczywiście, taka zabawa bywa niebezpieczna i nieprzyjemna dla wrażliwego na urazy ego. Tym bardziej, kiedy jedną z pierwszych rzeczy, jakich uczymy się w naszym świadomym życiu, jest to, że jeśli powiemy nie potrafię, tudzież nie wiem czy nie mogę, ktoś coś za nas zrobi, ponieważ jesteśmy za mali, zbyt nieporadni, niekompetentni, aby wykonać dane zadanie. Z czasem staje się to naszą strategią, bazującą na lenistwie i kłamstwie, ale jednocześnie otoczenie stopniowo przestaje ją tolerować – chociaż wielokrotnie daje się na nią nabrać. Swój renesans przeżywa ona w pierwszych latach każdego z etapów edukacji oraz gdy zmieniamy stanowisko pracy. To genialna wymówka, z którą w erze politycznej poprawności po prostu trudno dyskutować.

Ale to sprytne – prawda? Luksus świeżego startu – zasłonić się błogosławieństwem nieumiejętności. Osobiście nie ma zestawienia słów, które doprowadzałyby mnie szybciej do białej gorączki niż zwrot nie potrafię. Dzieje się tak z dwóch powodów – po pierwsze, dlatego, że cały rozwój gatunku ludzkiego opiera się na tym, że ktoś czegoś nie potrafił, nauczył się i zaczął potrafić. Gdyby nie to, dalej żylibyśmy w jaskini i polowali na jagody. Główną blokadą jest tu zwykłe skąpstwo poznawcze. Stąd gdy słyszę od dorosłej osoby nie potrafię, w efekcie słyszę nie chce mi się – dowód marazmu, poddania się bez próbowania, lenistwa, pasożytnictwa i innych najgorszych przywar ludzkich. Po drugie, taka wyuczona bezradność to również niesamowity dramat osoby, która zasłania się nie potrafię przed konfrontacją – z rzeczywistością, ze sobą – schowany pod płaszczykiem cwaniactwa lub po prostu niskiej świadomości oraz niesamowicie destrukcyjnego combo: roszczeniowości oraz obwiniania świata za swoje niepowodzenia. Uwielbiam argument, że to dowód… optymizmu, bazujący na tym, że optymiści szukają przyczyn niepowodzeń przede wszystkim na zewnątrz – przede wszystkim, najpierw, a nie tylko. Ludzie, którzy nie potrafią, którym się po prostu nie chce, nie są optymistami, są zgorzkniali i niezadowoleni, a to ma niewiele wspólnego z pozytywnym myśleniem.

Jasne, nie zawsze jesteśmy tak genialnymi jednostkami, aby łapać wszystko w lot. Chodzi jednak o postawę otwartości na wyzwania. Tutaj esencją są dla mnie słowa Richarda Bransona:

If somebody offers you an amazing opportunity but you are not sure you can do it, say yes – then learn how to do it later!

Wprowadź w życie lekcję Fletchera, szukaj okazji do przesuwania granic i rozwoju siebie. Lekcja Bransona: najpierw powiedz tak, potem dowiedz się jak.

Nie chce mi się

Trzecia, ostatnia fraza jest dla wielu aktem odwagi, próbą charakteru, oznaką nieskrępowanej szczerości – umieć otwarcie stwierdzić, że nie chce mi się i mogę z tym żyć, ba, jest mi z tym dobrze. Szczególnie w obliczu dwóch poprzednich lekcji wydaje się to być oznaką dojrzałości i wynikiem wnikliwej autodiagnozy. Nic bardziej mylnego.

Przekraczanie granic i podejmowanie wyzwań to pestka dla pozerów i koszmar dla luzerów – można stwierdzić, niemniej zarówno brawura, jak i strach nie czynią nikogo wyjątkowym, zwycięzcą konfrontacji ze sobą. Jest jednak jedna rzecz, która mimo, że pojawia się na końcu tego wpisu, jest początkiem wszystkiego.

Stay Hungry. Stay Foolish.

Życzył 12 czerwca 2005 roku świeżo upieczonym absolwentom Steve Jobs podczas wykładu na Uniwersytecie Stanforda. To właśnie głód tego co nowe i kwestionowanie wszystkiego stały się kluczem do sukcesu (i klęski zarazem, ale to temat na kolejny post). Przez to jego jakobiński gen rewolucjonisty obrósł legendą jeszcze za życia. Czy słusznie? Po części tak, jednak mimo obiegowych opinii, Jobs wspiął się na szczyt, nie ze względu na jakieś wyjątkowe, pozytywne cechy, ale pomimo tych negatywnych, destruktywnych. Garażowe początki firmy stały się inspiracją i mantrą dla wielu niewydarzonych przedsiębiorców, jednak gdyby spojrzeć na Jobsa na zimno już samo to, że był despotą, egoistą i nie uznawał kompromisów, powinno było doprowadzić go do błyskawicznej klęski. Tymczasem te cechy też są mitologizowane w popbiznesie, niemniej częściej niż do celu, prowadzą do gabinetu psychoterapeuty. Jak w takim razie Steve Jobs stworzył najdroższą markę świata i co świadczy o wyjątkowości jemu podobnych?

Nie mam żadnych szczególnych uzdolnień. Cechuje mnie tylko niepohamowana ciekawość.

Powiedział niegdyś Albert Einstein. Ciekawość świata – największa siła, która pcha gatunek ludzki do odkrywania, na co go stać, energia, która sprawia, że nam się chce, paliwo do tego, aby przekraczać granice i podejmować wyzwania, cecha, która stanowić będzie o sukcesie jutra, o czym więcej piszę tutaj. Lekcja Einsteina: zanim wyruszysz w podróż, obudź w sobie ciekawość drogi.

Zadania lidera

Jest wiele pomysłów na to, co powinni robić, jak działać przywódcy – przykładem może być tu 5 zadań lidera według Kouzesa i Posnera, o których często mówi Paweł Motyl. Biorąc pod uwagę trend spłaszczania struktur w organizacjach oraz wyzwania, jakie stawiają przed zarządzającymi młode pokolenia, pewne jest to, że coraz więcej osób będzie potrzebowało kompetencji wcześniej zarezerwowanych dla charyzmatycznych liderów.

Tym bardziej, że świat zachęca błąkającą się po rynku pracy generację Y do wpadania w pułapki, o których wspominałem na wstępie. Dwudziestoparolatkowie szukają swoich ścieżek, próbują sił w start-upach, które w większości przypadków są dorosłą formą prowadzenia bloga, przedłużają studia o 3 kierunki i 2 doktoraty, czy lądują w korporacjach – często traktując to jako osobistą porażkę. Czego zatem potrzebują millennialsi? Odrobienia 3 lekcji:

  • Obudzenia w sobie ciekawości świata.  Nie twierdzę, że pokolenie Y jej nie ma, ale zanurzone w nowych technologiach, ciągle stymulowane petabajtami informacji, często po prostu poznawczo ma dość i funkcjonuje jakby na ostatnim etapie cyfrowego haju – zejściu – może to przynieść zgubę wielu osobom, ponieważ ciekawość świata to jedna z 5 cech, których potrzebują liderzy jutra, aby osiągnąć długoterminowy sukces, o czym piszę więcej w tekście Jak ocalić pokolenie Y.
  • Wymazania ze słownika nie potrafię. To co prawda niezależne od wieku, jednak wychowani przez helicopter parents, millennialsi dokładnie wiedzą, jak działa strategia delegowania w górę i świadomie z niej korzystają, wyrządzając tym samym największą krzywdę sobie.
  • Pracy na granicach. Trend rozwoju osobistego ma się dobrze, często jednak ton w nim nadają certyfikowani przez różne szarlatańskie organizacje coachowie, mentorzy i inni ewangelizatorzy zarządzania czasem, w niewielu przypadkach proponowana wiedza wykracza głębiej oraz kładzie nacisk na miecz w tej walce – samoświadomość i tarczę – oparcie w sobie.

Dlatego kluczową kompetencją współczesnych menedżerów-przywódców jest umiejętność wprowadzania 3 dzisiejszych lekcji w czyn – nie tylko świecąc przykładem, ale przede wszystkim w zespołach, które budują, kształtują i prowadzą. Trudne? Karkołomne? Niewykonalne? Cóż, czas zacząć od siebie: obudzić w sobie autentyczną ciekawość świata, poznać swoje granice i… podjąć wyzwanie. Do dzieła!

Podziel się